Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zamknąć furtkę, poczuł gwałtowne pchnięcie i straszliwy ryk rozdarł powietrze.
— Na ratunek! — zawołał Hobson. — Do mnie! Na wołanie to nadbiegła Paulina Barnett i całą siłą przytrzymywała drzwi z porucznikiem.
Ale okrutna bestja, opierając się całem olbrzymiem cielskiem o drzwi domu, nie dopuściła do zawarcia drzwi.
Kobieta wyrwała z za pasa Hobsona jeden z pistoletów i oczekiwała spokojnie na ukazanie się paszczy zwierzęcia.
Zaledwie wysunął się łeb niedźwiedzia, Paulina wpakowała kulę w otwartą paszczę napastnika i z westchnieniem ulgi ujrzała padającego z rykiem potwora.
Drzwi zamknięto, ciało zaś sierżanta przeniesiono do dużej sali i ułożono przy piecu.
Ale ostatnie węgle już zagasały, jakżeż ożywić zmarzniętego?
— Pójdę! pójdę przynieść drzewa! — zawołał Raë.
— Tak pójdziemy razem, — odezwał się przy nim głos jego żony.
— Nie, moi przyjaciele! — zawołał Hobson. — Nie unikniecie zmarznięcia lub śmierci od niedźwiedzi! Palmy wszystko, co może być spalone!
I wtedy ci nieszczęśliwi, napół zmarznięci rzucili się do rąbania stołów, ław i stolików.
Chwila jeszcze, a piec w kuchni i w dużej sali rozlewał wokoło blaski i ciepłe powiewy płomieni.
Temperatura w pokoju zmieniła się natychmiast i zaczęto cucić sierżanta.
Rozcierano mu ciało wódką i flanelą, wlano do ust