Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zapalono wszystkie światła, a wtedy sala nabrała wyglądu fantastycznego.
Wtem silne śwatło wpadło do okien i czerwonym blaskiem napełniło salę.
Wszyscy wskoczyli na równe nogi, pytając siebie wzajemnie:
— Czyżby to pożar?
Ale ponieważ dom się nie palił, a innych zabudowań nie było wokoło, nie mógł być pożar, lecz jakieś nieoczekiwane zjawisko. Porucznik zbliżył się do okna i zrozumiał powód tego blasku.
To wybuchały zdala wulkany. Cały horyzont był w ogniu. Nie wylewała się lawa, lecz wulkany wyrzucały z wnętrza płomyki dla nikogo nie szkodliwe, oblewające ziemię całą i śniegi, różanym blaskiem.
— To piękniejsze od zorzy północnej! — zawołała zachwycona widokiem Paulina Barnett.
Jeden Tomasz Black zaprzeczył tym słowom. Dla niego to tylko było piękne, co było zjawiskiem niebieskiem, ziemskie, chociażby najcudniejsze, zwał pospolitemi.
Wszyscy podeszli do okna i dopiero straszliwy mróz zmusił zasiąść z powrotem do stołu. Nazajutrz i dni następnych mróz doszedł do kulminacyjnego punktu. Sądzono, że termometr nie będzie już miał stopni do wskazywania zimna.
Mróz był tak silny, że pomimo iż piece napalone, były do czerwoności, można było w pokojach dojść najwyżej do 2 stopni ciepła.
Koło pieca, najbliżej siedziała matka z małem dziecięcem, które kołysała każda z osób, po kolei zbliżających się do pieca dla rozgrzania się chwilowego.