Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Paulina zeszła na czas z wierzchołka i przyłączyła się do swych towarzyszy.
Odbyto pieszo drogę, sanie bowiem zajęte były przez foki.
Dla rozpędzenia nudy rozmawiano przez drogę o tem i owem, ale czas dłużył się, droga była jednostajna, a ciężar nad siły nie pozwalał psom szybko jechać, wlokły się więc pomału a za nimi i strudzeni podróżni.
Parę razy Hobson wstrzymywał pochód, chcąc dać biednym psom wypoczynek i w ten sposób droga, acz niedaleka, wydawała się wszystkim bardzo nużąca.
— Foki te za daleko się umieściły od portu, — odezwał się sierżant Long, — lepiejby zrobiły, zakładając swój obóz przy naszym porcie.
— Nie znalazłaby tam nigdzie odpowiedniej siedziby, — odpowiedział mu na to Hobson.
— Dlaczego, panie poruczniku? — zapytała ze zdziwieniem Paulina Barnett, — co im tam nie dogadza?
— Niedogodne są im brzegi wysokie i urwiste, potrzebują spadku łagodnego, aby móc wychodzić i wchodzić z łatwością — odrzekł Hobson.



Rozdział IX.

Pierwsza połowa września już przeminęła, a zimy jeszcze i śniegu nie było.
Temperatura naturalnie bardzo ochłodła, noce były mroźne, lody tworzyły się powoli, czasem padł deszcz napół ze śniegiem, ale to był tylko wstęp do zimy.
Zimy oczekiwano tutaj bez trwogi. Zapasów żywności było bardzo dużo, zbudowano stajenkę dla domo-