Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oto nieprzyjemne odkrycie, — rzekł Hobson. — Wolałbym napotkać całe stado białych niedźwiedzi.
— Ale ludzie, którzy tu obozowali, — odparła Paulina Barnett, — są stąd bardzo daleko, wszak ognisko dawno wygasło i ani punktu czarnego na całej przestrzeni, któryby wskazywał, że idzie karawana poszukiwaczy futer. Zresztą skierowali się napewno na południe.
— To zależy od tego, czy ślady, które tu widzimy, są Eskimosów czy Indjan. Eskimosi idą zwykle na północ, tamci zaś na południe.
— A możeby po tych śladach dało się rozpoznać, jaki naród przechodził tędy. Wszak każdy ma inne obyczaje, chód nawet.
Paulina Barnett miała rację. Zaczęto oglądać dokładniej resztki obozowiska. Znaleziono koście zwierząt, które mogli jeść tak samo dobrze Indjanie, jak i Eskimosi, z tego więc nic wywnioskować nie było można.
Ale zdala dostrzegli już żonę kaprala Żolifa, obserwującą coś na ziemi.
Podeszli do niej, a wtedy Kanadyjka, obracając się ku porucznikowi, rzekła:
— Pan szuka śladów? Oto one!
I wskazała im dużo śladów, świetnie na lodzie odciśniętych.
Schylono się ku ziemi, wiedząc, że w ten sposób można rozpoznać czyje tędy przechodziły stopy.
Ślady te były dziwne. Bez wątpienia szli tędy ludzie, ale nie całą stopą, lecz jakby dotykając tylko noskiem bucika lodowatego gruntu.
— Są to ślady osoby tańczącej, — zauważyła pani Żolif.
Ale kto mógł być tak wesołego usposobienia, aby