Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rynarza, wiedział, że ten ostatni jest doświadczeńszy od niego i że może na nim polegać.
Wsiedli więc do łodzi, a wtedy Norman, jakby tknęły przeczuciem, wyszeptał:
— A możeby lepiej przeczekać?
Hobson spojrzał badawczo na starego i pomyślał, że gdyby był sam, pojechałby stanowczo do domu. Zawahał się więc z odpowiedzią. Ale Paulina Barnett zrozumiała jego wahanie i rzekła do porucznika:
— Proszę, niech pan porucznik nie zwraca na mnie uwagi i robi tak, jak gdyby mnie tu nie było.
Jeśli ten dzielny marynarz uważa, iż możemy jechać, to jedźmy natychmiast.
— A więc jedźmy! — zawołał Norman — i powracajmy jak najkrótszą drogą do domu!
Minęła już godzina, jak wyjechali, a mało co oddalili się od Indjan.
Chmury ciemniały, żagiel bił o maszt z gwałtowną siłą, a w powietrzu wyczuwało się burzę.
Podróżni siedzieli cicho, podczas gdy marynarz z trudem wypatrywał drogę, mgła bowiem panowała dokoła.
— Zaledwie się poruszamy! — odezwał się Hobson.
— O, tak, panie poruczniku, — odpowiedział Norman, — boję się, czy burza nie wybuchnie w stronie, ku której jedziemy — byłoby to bardzo niebezpieczne. Burze na tem jeziorze trwają i po dni piętnaście, a wtedy nie wiem, czybyśmy powrócili za miesiąc.
O godzinie wpół do piątej burza wybuchła. Błyskawice przerzynały niebo, grzmoty poczęły huczeć.
Słychać było krzyk uciekającego ptactwa, błądzącego rozpaczliwie w gęstej mgle, ponad jeziorem wiszącej.