Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Gdy nawoływania te nie pomogły, porucznik Hobson kazał przynieść śniegu i wspólnemi siłami rozcierać pacjenta, na którym ukazujące się białe piętna, świadczyły o ciężkiem przemrożeniu i odbierały nadzieję uratowania astronoma.
W pół godziny po zastosowaniu tych środków Tomasz Black poruszył się nerwowo, co wywołało wybuchy radości u zebranych przy łóżku podróżnych.
— Żyje! żyje! — zawołał uradowany porucznik.
Rozgrzewano go ponczem, wlewano szklankami, potrząsając nim jednocześnie, aż rumieńce ukazały się na policzkach, oczy rozwarły a usta poruszyły się powoli.
Zdołał nawet unieść się zlekka i głosem bardzo słabym, zapytać:
— Czy to forteca Zjednoczenia?
— Tak jest, — odrzekł kapitan.
— A pan jest kapitanem Craventy?
— Tak, panie. A czy mogę wiedzieć, w jakim celu pan tu przyjechał?
— Aby zobaczyć księżyc! — odpowiedział za niego kurjer.
Astronom nie zaprzeczył, ale pomijając zapytanie kapitana, badał w dalszym ciągu:
— Czy to porucznik Hobson?
— We własnej osobie! — odpowiedział zapytany.
— Jeszcze pan nie wyjechał?
— Jak pan widzi.
— A więc, — odrzekł Tomasz Black, — nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować panom za ratunek i przespać się do jutra rano.
Kapitan wraz z towarzyszącemi mu osobami od-