Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jestem kurjerem z Kompanji.
— Czy pan sam przyjechał?
— Nie, przywiozłem podróżnego.
— Podróżnego? Jakiż on ma do nas interes?
— Chce zobaczyć księżyc.
— Co? księżyc?
Kapitanowi przyszło do głowy, iż ma do czynienia z obłąkanym, ale nie było czasu na rozważanie.
Przybyły wyciągnął z sań jakąś nieruchomą bryłę coś w rodzaju worka pokrytego śniegiem i zabrał się do wnoszenia jej wewnątrz izby.
— Cóżto za wór? — spytał go kapitan.
— To mój podróżny, — odrzekł spokojnie zapytany.
— Któż to taki?
— Astronom Tomasz Black.
— Ależ on zmarznięty!
— To też niosę, żeby go odmrozić...
Złożono nieszczęsnego astronoma w pokoju na pierwszem piętrze, gdzie temperatura była jeszcze możliwa do przetrzymania, z powodu rozpalonego do czerwoności pieca. Zdjęto kalosze i futra ze zmarzniętego, który zdawał się być już martwy i rozpoczęto przywracanie do życia.
Tomasz Black mógł mieć lat pięćdziesiąt, tęgi, nizki, o posiwiałych włosach, oczach i ustach zaciśniętych, jakby były sklejone gumą, nie wydawał ani głosu, ani oddechu, leżąc przed ratującym go, jak nieruchoma bryła.
Kapral Zolif obracał nim ma wszystkie strony, tarł, potrząsał i mówił:
— Proszę pana, bardzo pana proszę! Cóżto? Nie myśli pan powrócić do przytomności?