Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Praca była bardzo uciążliwa, gdyż wiercić trzeba było conajmniej na pięćdziesiąt stopni wgłąb.
Wiercono dzień znowu i noc całą bez przerwy i nie uczuwano jeszcze dachu domostwa.
Od pięćdziesięciu czterech godzin Paulina Barnett z trzema osobami była już pogrzebana!
Czy starczy dla nich nadal powietrza, którego i tak jest tam bardzo mało?
Przekopano już do głębokości pięćdziesięciu stóp i z rozpaczą spostrzeżono, że niema jeszcze śladu zakopanego budynku.
O trzeciej rano dzida żołnierza natrafiła na coś, co wydało ton czegoś twardego.
— Dokopaliśmy się! — zawołał. — Uratowani!
W dwadzieścia minut potem ukazała się dachówka, którą zerwano w jednem miejscu, robiąc otwór.
W otworze tym ukazała się jakaś postać, trudna do rozpoznania. Była to Kalumah.
— Do nas! Do nas! Na ratunek! — zawołała słabym głosem Eskimoska.
Hobson wsunął się przez otwór do środka. Pochwycił go chłód silny, woda sięgała do pasa.
Błądząc w ciemnościach potknął się o czyjeś ciało. Wyciągnął je ku otworowi, był to Tomasz Black, którego żołnierze wynieśli na wierzch.
Drugie ciało należało do Magdaleny.
Wciągnięto astronoma i Magdalenę za pomocą sznurów na ziemię i przyprowadzono do przytomności, pozostała tylko do odnalezienia Paulina Barnett.
Hobson, przyprowadzony przez Eskimoskę do spichrza, znalazł tę, której szukał, nieprzytomną.
Wziął ją w objęcia i zaniósł ku otworowi, a w chwi-