Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dnia 5-go maja, Hobson oznajmił swym towarzyszom, że wyspa Wiktorja przebyła koło biegunowe.
Wchodziła nareszcie w tę sferę ziemską, w której słońce jest zawsze przez rok cały.
Zdawało się wtedy wszystkim, że wracają już do zamieszkałego świata.
W nocy, dnia 8-go maja, porucznik Hobson wraz z sierżantem postanowili iść na pole lodowe, aby zobaczyć, czy nie zaszły tam jakie poważne zmiany.
Paulina Barnett chciała iść razem, ale uproszono ją, żeby odpoczęła, wziąwszy więc z sobą Magdalenę i Eskimoskę weszła do swego pokoju, podczas gdy reszta mieszkańców przygotowywała sobie posłanie.
Noc była piękna; pomimo, że nie było księżyca, świeciły gwiazdy tak cudnie, że jasno było jak w dzień.
Porucznik Hobson patrzał z podziwem na bryły lodu rozrzucone bez ładu, na kryształy lodowe, na ostre kawały zatrzymane przez mróz w swoim biegu.
O wyprawie łodzią nie mogło być jeszcze mowy.
Szli rozmawiając wesoło i kierując się ku domowi, aby módz przez kilka godzin odpocząć, gdy naraz zwrócił ich uwagę jakiś huk, jakby piorunu.
Huk ten umilkł natychmiast, potem wybuchł znów z ogromną siłą, aż ziemia drżeć poczęła.
— Huk ten rozlega się w stronie ściany lodowej! — odezwał się sierżant. — Co się tam stało?
Hobson w milczeniu, do wysokiego stopnia niespokojny, pociągnął swego towarzysza, wołając: — Do fortu!
I obaj biedz poczęli czemprędzej ku domowi.
Tysiące myśli krążyło po ich głowie: Co za nowe zjawisko mogło się tam zdarzyć? Czy uśpieni miesz-