Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widocznie, fakt ten ośmielił tych ludzi, — dodał Edward Carrol.
— Czyż się nigdy nie doczekamy armii Shermana i flotylli Dupont’a! — zawołała pani Burbankowa.
Mamy dopiero 26 lutego — odrzekła miss Alicya, a według listu Gilberta, okręta federalne nie odpłyną, przed 28.
— Zresztą, trzeba czasu, żeby dotrzeć do ujść Saint-John, przebyć wał i wylądować w Jacksonville. To wszystko zajmie jeszcze z dziesięć dni, dorzucił p. Stannard.
— Dziesięć dni — wyszeptała Alicya.
— Dziesięć dni! — dodała pani Burbankowa. — Ileż nieszczęść może na nas spaść do tej chwili.
James Burbank nie mieszał się do rozmowy, pogrążony będąc w rozmyślaniu, co przedsięwziąć. Jeśli nie usłucha rozkazu, to cała ludność Jacksonvilska, z jawnem lub milczącem przyzwoleniem władz, gotowa rzucić się na Camdless-Bay. Na jakie niebezpieczeństwa byłaby wtedy wystawiona jego rodzina? Nie! Lepiej narazić tylko siebie. — Gdyby mu nawet groziła utrata wolności lub życia, mógł mieć nadzieję, że to nieszczęście dotknie tylko jego osobę.
Pani Burbankowa wpatrywała się w męża z najżywszym niepokojem, odczuwając, że stacza z sobą walkę. Ani ona, ani miss Alicya, ani Edward Carrol, nikt nie śmiał zapytać, jak myśli zachować się względem rozkazu, otrzymanego z Jacksonville.