Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kowi nie powiodło, możeby oni byli szczęśliwsi. Jednakże rozsądek kazał czekać. Gdy federaliści staliby się panami Florydy, Gilbert i Mars mogli by skuteczniej wystąpić przeciw Hiszpanowi. Zresztą, obowiązek im nakazywał znaleźć się przededniem we flotylli komendanta Stevensa. Jeśli tama da się przebyć prędzej niż się spodziewano, to młody porucznik winien być na swym posterunku bojowym, a Mars także na swoim, dla kierowania kanonierkami, poprzez ten kanał, którego głębokość znał w chwili przybierającego morza.
Mars, siedząc w tyle gigu, z całej siły wiosłował pagają; Gilbert siedział przed nim, bacznie wpatrując się w górną część rzeki, dla ostrzeżenia o zawadzie lub niebezpieczeństwie: o zbliżające] się łodzi, albo o pniu, płynącym wpoprzek rzeki. Byleby się ich lekkie czółno oddaliło w ukośnym kierunku od brzegu, aby wypłynąć na środek kanału, prąd wody podtrzymywałby je i pędziłby naprzód.
Tymczasem wystarczało to, żeby Mars ręką dotknął prawego lub lewego boku czółna, dla nadania mu właściwego kierunku.
Wprawdzie byłoby lepiej nieoddalać się od ciemnego skraju drzew i olbrzymich trzcin, rosnących nad prawym brzegiem Saint-Johnu; płynąc bowiem wzdłuż wybrzeża, pod cieniem gęstych gałęzi, byliby mniej narażeni na to, że ich kto ujrzy, ale nieco poniżej plantacyi bardzo kanciaste kolano rzeki przez prąd ku drugiemu brzegowi. Nastąpił tam wielki