Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Burbankowa, znużona swym wysiłkiem, wpadła w jakiś męczący widać sen, gdyż z piersi jej wyrywały się łkania.
Gilbert nie chciał przerywać jej snu, a raczej odrętwienia, wywołanego osłabieniem; usiadł więc przy łóżku: Alicya znakiem zaleciła mu milczenie. W zupełnej ciszy, czuwali razem nad tą biedną kobietą, której nieszczęście nie miało dobić odrazu! Alboż oni potrzebowali słów dla zamieniania myśli? Nie! Doznawali jednakiego cierpienia, rozumieli się, nic niemówiąc do siebie, rozmawiali oczami.
Nakoniec nadeszła chwila opuszczenia Castle-House. Gilbert wyciągnął rękę do Alicyi i oboje pochylili się nad panią Burbankową. która, mając przymknięte oczy, nie mogła ich widzieć.
Gilbert pocałował matkę w czoło; poczem dziewczę złożyło na niem także pocałunek. Pani Burbankowa drgnęła jakoś boleśnie, ale nie widziała, jak syn wyszedł, a za nim i Alicya, żeby go pożegnać.
Oboje z Gilbertem zastali Jamesa Burbanka i jego przyjaciół w halli. Mars, który chodził zwiedzić okolice Castle-House, powrócił w tej chwili.
— Już czas w drogę, — rzekł on.
— Tak, już czas; Gilbercie, wybierz się już, — powiedział James Burbank. Zobaczymy się dopiero w Jacksonville.
— Tak, w Jacksonville, niedalej jak jutro, jeśli stan wody pozwoli nam przepłynąć tamę, Co się tycze Texara...