Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie obawiaj się, ojcze; przybyliśmy do Camdless-Bay niespostrzeżeni i tak samo popłyniemy w dół rzeki.
— Żeby powrócić do okrętu, — nie gdzieindziej!
— Przyrzekam to ojcu. Obaj z Marsem będziemy przededniem na okręcie.
— O której godzinie wybierzecie się?
— Około 2 i pól rano.
— Kto wie? — odezwał się Edward Carrol. Może kanonierki Stevensa nie będą zatrzymane jeszcze 3 dni, przy tamie Saint-Johnu?
— Tak... Byleby wiał przez parę godzin wiatr od morza, a wtedy to bezwątpienia przybór będzie dostatecznym dla przebycia tamy; — odpowiedział młody porucznik. Ach, żebyż to! niechże zawieje żebyśmy raz pokonali tych nędzników!... A wtedy...
— Ja zabiję Texara, — powtórzył Mars.
Było tylko co po północy; Gilbert i Mars mieli opuścić Castle-House dopiero około drugiej; wypadało im bowiem czekać odpływu, dla dostania się do flotylli komendanta Stevensa.
Ponieważ zanosiło się na głębokie ciemności, były wielkie szanse, że ich nikt nie zobaczy, jakkolwiek znaczna liczba statków czuwała nad rzeką Saint-John, powyżej Camdless-Bay.
Młody oficer poszedł po tej rozmowie do matki, gdzie przy jej łóżku zastał siedzącą Alicyą. Pani