Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chodźże! — powiedział.
— Nie pójdziesz, Gilbercie.
Pani Burbankowa, wstała, poszła do drzwi, żeby je sobą zastawić, ale wyczerpana tym wysiłkiem, zachwiała się.
— Matko!... Matko!... — zawołał młodzieniec.
— Zostań, Gilbercie, — rzekła miss Alicya.
Trzeba było zanieść panią Burbankową do jej pokoju; miss Alicya pozostała przy niej, a James Burbank podążył do halli, gdzie się znajdowali Edward Carrol i pan Stannard. Gilbert siedział na sofie, z twarzą ukrytą w dłoniach; Mars milczał, trzymając się na uboczu.
— Teraz mów, Gilbercie, kiedyś już zapanował nad sobą; od tego co powiesz, zależeć będą nasze postanowienia na przyszłość, — powiedział James Burbank. Jedyna dla nas nadzieja w rychłem przybyciu federalistów do hrabstwa. Czy oni się zrzekli projektu zajęcia Florydy?
— Nie, mój ojcze.
— Gdzież są?
— Część eskadry dąży, w tej chwili, ku miastu Ś-go Augustyna, żeby obsaczyć wybrzeże.
— Czy komandor nie myśli opanować Saint-Johnu? — zapytał żywo Edward Carrol.
— Dolny bieg Saint-Johnu do nas należy, — odpowiedział młody porucznik. — Nasze kanonierki