Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Próbę tę przypłaciło życiem kilku z przypuszczających szturm, gdyż wskutek rozkładu strzelne, pociski mogły się krzyżować na tym punkcie.
Jednocześnie pogorszyła położenie ta okoliczność, że pozostawało już nie wiele amunicyi. James Burbank, jego przyjaciele, dozorcy i murzyni, którzy otrzymali fuzye, zużyli znaczną część patronów, w tej potyczce, ciągnącej się już od 3-ch godzin. Jeśli wypadnie bronić się jeszcze jakiś czas, jakże sobie radzić, kiedy ładownice już puste? Czy się porzuci Castle-House na pastwę tych szaleńców, którzy z niego pozostawią tylko zgliszcza?
A jednak nie będzie można nic innego uczynić jeśli napastnicy wywalą bramę, która zaczyna się już chwiać.
James Burbank czuł to, ale chciał czekać. Lada chwila mógł nastąpić inny zwrot w boju. Teraz nie było powodu do obawy o panią Burbankową, o Dy i Alicyą Stannard, a mężczyźni mieli to za obowiązek względem siebie samych, walczyć do ostatka przeciw tej zbieraninie morderców, podpalaczy i łupieżców.
— Mamy jeszcze amunicyi na godzinę! — zawołał Burbank. Wyczerpmy ją, moi przyjaciele i nie oddajmy naszego Castle-House!
Zanim James Burbank wypowiedział te słowa głuchy huk rozległ się w oddaleniu.
— Strzał armatni! — wykrzyknął on.