Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tarcice, przerzucone w kilkunastu miejscach przez kanał obwodowy, ułatwiły napastnikom dostanie się do podnóża palisady, ze znacznemi wprawdzie stratami, tak w poległych, jak i rannych. Uczepiwszy się pali, stawali oni jeden na drugim, ale nie udało im się przedostać na drugą stronę. Murzyni, rozwścieczeni na tych podpalaczy, odpierali ich z niesłychaną odwagą; widocznie jednak obrońcy Camdless-Bay nie mogliby podołać wszystkim punktom, zagrożonym zbyt wielką liczbą nieprzyjaciół. Mimo to, aż do zmroku, dotrzymywali placu, ponosząc tylko lekkie rany. James Burbank i Walter Stannard, nieoszczędzając się wcale, nie zostali nawet zadraśnięci; jeden tylko Edward Carrol, ugodzony kulą w ramię, musiał się cofnąć do halli, gdzie pani Burbankowa, Alicya i Zerma otoczyły go staraniami.
Gdy noc zapadła, 50-ciu zuchów, korzystając z ciemności, zaczęło rąbać bramę siekierami, lecz nadaremnie, bo się nawet nie zachwiała. Nie wyważyliby jej z pewnością, ale jeden z nich wpadł na ryzykowny pomysł zrobienia wyłomu.
Naraz oficyny zaczęły goreć i płomienie, pochłaniając suche drzewo, strawiły część palisady, do której te oficyny przylegały.
James Burbank rzucił się ku płonącym budynkom, nie dla ugaszenia ognia, co było niemożliwe, ale dla obrony.
Nagle, człowiek jakiś wyskoczywszy z pośród dymu, wybiegł za palisadę i przeszedł przez kanał