Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ten, co rzucił tę uwagę, należał do pierwszej grupy, znajdującej się już na tylnym pokładzie statku.
— I ja jestem tego zdania, panie Burbanku, — odparł kapitan. Służba przedewszystkiem... Panowie proszę wsiadać, albo daję rozkaz do odbicia od brzegu!
Marynarze zajęli się odepchnięciem parowca od pomostu, a ze świstawki wydobywały się ostre glosy.
Przygotowania te przerwały jednak krzyki z wybrzeża:
— Oto Texar... Oto Texar nadjeżdża!
Powóz pędzący, ile zaprzęgowi sił starczyło, ukazał się na zakręcie nadbrzeża Pikolata i ciągnące go cztery muły stanęły przy ambakaderze. Z powozu tego wysiadł mężczyzna. Ci z jego towarzyszy, którzy wyszli też na drogę, przybiegli doń i wszyscy razem wsiedli na statek.
— Niewiele brakowało, Texarze, żebyś pozostał; a byłoby to bardzo źle! — odezwał się jeden z nich.
— Tak! Aż za dwa dni byłbyś mógł powrócić do... dokąd? Będziemy wiedzieli, gdy nam zechcesz powiedzieć! — dodał inny.
— I gdyby kapitan był wysłuchał tego zuchwalca Jamesa Burbanka — powiedział trzeci — Shannou byłby już oddalił się na jakie ćwierć mili od Pikolaty!
Texar przeszedł na przód statku ze swoimi towarzyszami; idąc, spojrzał tylko na Burbanka, od