Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


scy liberałowie z obu światów, — sprzeciwia się to naturze!...
W tejże chwili, Pygmalion który nie wiedzia jeszcze o niczem, spotkał się z rządzcą.
— Dlaczego nas zwołują, p. Perry? — zapytał — czyby pan nie był łaskaw powiedzieć mi?
— Owszem, głupcze, — po to żeby cię...
Rządzca umilkł, niechcąc zdradzić tajemnicy. — Naraz przyszła mu pewna myśl do głowy, rzekł więc:
— Chodź tu, Pygu!
Chłopiec przybliżył się.
— Ciągnę cię czasem za ucho, — prawda, chłopcze?
— Tak, panie Perry, — bo wbrew wszelkiej sprawiedliwości, tak boskiej, jak i ludzkiej, jest-to pańskiem prawem.
— Kiedy tak, to sobie pozwolę skorzystać raz jeszcze ze swego prawa.
Mówiąc to, pan Perry, bez względu na krzyki Pyga, zaczął go ciągnąć za uszy, już i tak dosyć długie.
To zastosowanie swego prawa po raz ostatni do jednego z niewolników z plantacyi, sprawiło ulgę p. rządzcy.
O godzinie 3-ciej, James Burbank wraz z otoczeniem swojem, ukazał się na tarasie, zdobiącym Castle-House, gdzie go oczekiwało 700 niewolników: mężczyźni, kobiety, dzieci, a nawet i starcy, którzy u schył-