Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


grywała się kwestya niewolnictwa, deklamował on szumne frazesy o wolności człowieka i przy każdej sposobności miewał pretensyonalne mowy do swoich towarzyszy, którzy w oczy śmieli się z niego. Ponieważ jednak w gruncie nie był to zły chłopak, dawano mu się wygadać. Łatwo odgadnąć, jakie rozmowy prowadził z rządzcą Perry, gdy ten miał humor słuchać go i jakie wrażenie na nim sprawić musiał, akt wyzwolenia, przywracający mu godność człowieczą.
Owego dnia, uprzedzono murzynów, że się mają zgromadzić w rezerwowanym parku, dla usłyszenia ważnej wieści z ust właściciela plantacyi.
Około 3-ciej, cała ludność, wyległszy z baraków, zaczęła się gromadzić przed Castle-House. Ci poczciwcy nie wrócili popołudniu ani do warsztatów, ani w pole, chcąc się przyodziać staranniej, jak to było ich zwyczajem, gdy byli wpuszczeni do parku. Panował tam zatem wielki ruch, krzątano się po chatach, biegano z jednej do drugiej; a rządzca Perry, przechodzając się od baraku do baraku, mruczał:
— Pomyśleć tylko, że w tej chwili, możnaby jeszcze handlować tymi murzynami, kiedy nie przestali być towarem; tymczasem, zanim godzina upłynie, już ich nie będzie wolno ani kupować, ani sprzedawać! Tak, do ostatniego tchnienia powtarzać to będę, pomimo to wszystko co robi i mówi pan James Burbank, a po nim prezydent Lincoln, a po prezydencie Lincolnie, wszyscy federaliści z Północy i wszy-