Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O swoje interesa... o swoje interesa, panie James! Pan śmiesz powiedzieć: dbałym o swoje interesa?...
— Niezaprzeczenie — i przyszłość wkrótce ci tego dowiedzie, mój drogi Perry!
— Ale skądże będzie się brało robotników do plantacyj, panie Burbanku?
— Zawsze z pomiędzy murzynów.
— Murzyni nie będą już pracowali, bo ich nikt zmuszać nie będzie.
— Przeciwnie, będą pracowali jeszcze gorliwiej, bo z dobrej woli — i z większą przyjemnością, gdyż byt ich będzie lepszy.
— Pańscy murzyni od tego zaczną, że nas opuszczą!
— Bardzobym się zadziwił, mój drogi Perry, gdyby to przyszło do głowy choćby jednemu.
— Więc ja już nie jestem zawiadowcą niewolników w Camdless-Bay?
— Niej ale nie przestajesz być zawiadowcą w Camdless-Bay, i sądzę, że twoje stanowisko nie straci nic na tem, że będziesz wydawał rozkazy wolnym. ludziom, zamiast niewolnikom.
— Ale...
— Mój drogi Perry, uprzedzam cię, że na wszelkie twoje „ale“ mam gotowe odpowiedzi; pogódź się więc z krokiem, który nie mógł już być długo odkładany i który moja rodzina przyjęła z zapałem.
— Czy nasi murzyni o nim nie wiedzą?...