Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


snem spojrzeniu, długich blond włosach i takiejże brodzie, którą gładził co chwila to jedną, to drugą ręką.
— Towarzysze — zaczął ten człowiek — pozwólcie, że kwestję oświetlę z innego punktu widzenia. Według mnie, jakie prawo mamy do bagażu okrętowego, kiedy nie wszyscy ocaleliśmy?.. A dalej, dlaczego mamy wysyłać jednego z nas do gubernatora i czekać na powrót wysłańca, kiedy możemy zużytkować szalupę w ten sposób, że odrazu po kilku ludzi możemy przewozić z tej pustyni do Punta Arenas lub innego miasta.
— Ma słuszność!..
— Dobrze mówi!..
— Trzeba tak zrobić!.. — dały się słyszeć głosy wśród tłumu.
— Niech nas zaraz przewiozą do Punta Arenas! — wołał jakiś głos tubalny. — Gdzie szalupa?.. Hejże, dawać ją!..
— Szalupa jest uszkodzona — odrzekł Kawdier, starając się tłum uspokoić. — A przytem zwróćcie uwagę na to, że więcej nad kilku ludzi podróżować nią nie może. Przewozić was więc chyba będzie przez lat kilka, aby przewieźć wszystkich.
— A więc dobrze! — zawołał orator z długą brodą — zostańmy tutaj i wyczekujmy pomocy z Punta-Arenas, ale bagażów okrętowych nie dotykajmy się!.. To własność towa-