Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


myślenia, że Kaw-dier nadewszystko ukochał wolność i swobodę, że właśnie tutaj nie miał pana nad sobą, że był wolnym, jak ptak w przestrzeniach powietrznych.
Dobroć jego i dziwne poświęcenie się dla Indjan tamtejszych były tak głośne, że biali z chilijskiej osady Punta Arenas, odległej o sto mil od wyspy, na której ten tajemniczy człowiek osiadł, przybyli doń pewnego razu, prosząc, aby wśród nich się osiedlił. Ani słyszeć o tem nie chciał, wysłańców odprawił słowem krótkiem i stanowczem, tak, że odeszli z niczem i już nigdy nie próbowali zapraszać go do siebie. Toż samo było z wysłańcami sąsiednich plemion Patagończyków.
Ci ostatni, prowadzący życie koczownicze, przeważnie zajęci polowaniem na dzikie zwierzęta, pragnęli mieć wśród siebie takiego dzielnego i nigdy w strzale niechybiającego strzelca, jakim był właśnie Kaw-dier.
Całe prawie życie spędzając na koniu, Patagończycy są nieporównanymi jeźdźcami. Silnej budowy ciała, okrutni w walce orężnej, żyli w ciągłych niezgodach granicznych z sąsiadami swymi, to jest z indyjskiemi plemionami rybackiemi, wśród których właśnie lubił przebywać nasz nieznajomy.
Indjanin Karro i syn jego Halg na śmierć i życie oddani mu byli wraz z plemieniem, do którego należeli i któremu Karro przewodniczył.