Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nagle ze zręcznością węża podsunął się do miejsca, gdzie jeden z najpiękniejszych z całego stada koni skubał soczystą trawę, i uniósłszy się, z szybkością błyskawiczną rzucił lasso, które ze świstem upadło na kark zwierzęcia.
Indjanin powstał na równe nogi, szarpnął lasso i już był pewnym zdobyczy, gdy naraz ogłuszający ryk dał się słyszeć w pobliżu.
Zawahał się, odwrócił głowę i w tejże chwili ujrzał ogromnego jaguara: zwierz jednym susem rzucił się na niego.
Przeraźliwy, bolesny krzyk bólu i rozpaczy wyrwał się z piersi Indjanina, który poczuł w swem ciele szpony i kły okrutnego zwierza.
Napad jaguara był tak błyskawiczny, tak silny, że Indjanin nie miał czasu chwycić za nóż myśliwski, który miał za pasem, ani za kolbę swej strzelby. Jaguar powalił swą ofiarę na ziemię i byłby ją rozszarpał w kawałki, gdyby nie celny strzał, który się nagle rozległ w powietrzu.
W tejże chwili jaguar odskoczył od swej ofiary, zakrwawione szpony wyrwał z jego piersi i nagle runął łbem na ziemię. Widocznie jakimś iście cudownym trafem ktoś był świadkiem tej sceny i celnym strzałem zwalił z nóg okrutne zwierzę.
Białawy obłoczek, który się ukazał w powietrzu o jakie sto kroków od miejsca, gdzie