Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzili — trudno jest oznaczyć, gdzie jesteśmy, bo wiatr północno-zachodni musiał nas daleko odpędzić, popychając na południe. Oddawna już nie mogłem brać wysokości, a że w tej stronie Atlantyku nie znamy żadnych skał, prawdopodobnie więc uwięźliśmy przy brzegu Ameryki południowej.
— Tak — powiedziałem — ale jesteśmy ciągle zagrożeni eksplozyą, czy nie możemy opuścić »Chancellora« i uciec?
— Czy na tę rafę — odpowiedział Kurtis. — Ależ jak ona wygląda, czy morze jej nie zalewa? czy możemy rozpoznać to w ciemności? Niech dzień nadejdzie, a zobaczymy.
Powtórzyłem te słowa Roberta Kurtisa innym pasażerom. Nie są one zupełnie uspokajające, jednak nikt nie chce wierzyć, że rozbicie się okrętu w środku oceanu, o setkę mil od lądu, może być dla nich nowem nieszczęściem. Uwaga wszystkich zwróconą jest na wodę, zalewającą pożar, a tem samem usuwającą możliwość eksplozyi.
W istocie, zamiast płomieni, coraz więcej dymu wydobywa się z klapy. Strumienie ognia, ukazujące się niekiedy, gasną natychmiast. Po trzasku ognia nastąpił świst zamieniającej się w parę wody. Morze więc spełnia to, czego ani pompy, ani sikawki nie zdołałyby zrobić.