Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wałnicy. Ani chwili spokojnej nie mamy na tem płynącem zarzewiu. Otaczająca nas woda czaruje, pociąga i wabi ku sobie!
— Dlaczego pan nie przedziurawisz okrętu, panie Kurtis? Czemu nie rzucisz prądu wody na spód? Jeżeli napełnimy okręt, cóż będzie złego? Po ugaszeniu pożaru pompy wyrzucą wodę!
— Panie Kazallon, mówiłem i powtarzam to panu, że jeżeli zrobimy najmniejszą nawet szparę, przez którą powietrze mogłoby się wcisnąć, ogień rozszerzy się gwałtownie i w jednej chwili płomienie ogarną okręt aż po szczyty masztów. Jesteśmy skazani na bezczynność, a są wypadki, w których największym dowodem odwagi jest: nic nie robić. Tak! pozatykać hermetycznie wszelkie otwory, jest to jedyny sposób i jak na teraz jedyne zajęcie załogi.
Pomimo to ogień bezustannie się wzmaga, może nawet prędzej, aniżeli myślimy. Gorąco coraz większe zmusza pasażerów do ciągłego pozostawania na pokładzie. Dwie tylko kajuty na tyle okrętu, z wielkiemi oknami, są zamieszkalne.
Pan Kear zajął jednę, w drugiej zamknięto obłąkanego Ruby. Kilkakrotnie odwiedziłem biednego szaleńca; bezustannie leży związany, inaczej rozwaliłby drzwi kajuty. Dziwna rzecz,