Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ptaki! Więc ziemia jest gdzieś w pobliżu. Kurtis jeszcze wierzy, że ziemia istnieje? Ja przestałem w to wierzyć. Już niema lądów ani wysp. Kula ziemska jest tylko płynną sferoidą, jak w drugiej formacyi.
Pomimo to oczekiwałem z niecierpliwością na wzniesienie się mgły. Nie dlatego, żebym miał łudzić się myślą ujrzenia ziemi, ale gnewa mnie to, że jakaś nadzieja szalona dokucza i chciałbym się jej pozbyć.
Dopiero około 11-tej mgła zaczęła ustępować. Przez szerokie płaty widzę lazur niebios. Żywe promienie słońca kłują nas jak rozpalone żelazo. Niższe warstwy mgły trzymają się jeszcze, zasłaniając zupełnie widnokrąg.
Przez całe pół godziny mgły nas jeszcze otaczały, z trudnością opadając, bo wiatr zupełnie ustał.
Nareszcie słońce w całym blasku oczyściło powierzchnię oceanu i rozjaśniło szeroką przestrzeń. Horyzont ukazał się.
I dziś, jak od sześciu tygodni stanowi on linię ciągłą i kulistą, na której się niebo łączy z wodą.
Robert Kurtis obejrzał się wkoło, nic nie mówiąc. Ach! żałuję go szczerze, bo z nas wszystkich jemu tylko nie wolno skończyć kiedy zechce. Ja umrę jutro i jeżeli śmierć nie przyjdzie do mnie, pójdę naprzeciw niej.