Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wnie mu się powieść nie miało. Widocznie losy stały się dla nas łaskawsze.
W umysłach naszych nastąpił przewrót, możemy mówić o przeszłości. Myśl przestała być przykutą do teraźniejszej chwili lub okropnej przyszłości, która nam zagraża. Falsten, Kurtis, Letourneurowie i ja przypomnieliśmy sobie straconych towarzyszy, szczegóły pożaru, zatonięcie statku, Ham-Rock, okropne wieszanie się na masztach, burzę i wszystkie te wypadki zdają nam się być bardzo odległemi.
Tak, wszystko to minęło, a my żyjemy jeszcze. Żyjemy! Jeżeli to się nazywa życiem! Z dwudziestu ośmiu pozostało nas 14, a wkrótce może będzie 13.
— Fatalna liczba — rzekł Letourneur.
W nocy z 8-go na 9-ty bosman na tyle tratwy znów zarzucił wędki i sam czuwał nad niemi, nie dowierzając nikomu.
Nad ranem przyszedłem do niego. Pałającemi oczami patrzył w głębię wód tak, że mnie nie spostrzegł.
Wziąłem go lekko za ramię. Odwrócił się.
— I cóż bosmanie?
— Cóż, przeklęte rekiny zjadły moją przynętę.
— A nie zostało jej już nic?
— Nic — odrzekł — ściskając mnie za rękę, a czy wiesz pan czego to dowodzi? To