Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zioną, korzonek w pomyjach wyrzucony i zaspokoić lub oszukać głód na chwilę.
Ale na tych deskach, tyle razy zmytych przez fale, gdzie już w każdą szparkę zaglądaliśmy, wyskrobali kąciki, w które wiatr mógł rzucić jakąś odrobinę chleba, na tych deskach, niema nic. Napróżno byłoby szukać.
Noce są strasznie długie, dłuższe niż dni. Napróżno pragnę od snu chwilowego choćby zapomnienia. Sen jeżeli zamyka nam oczy, to tylko w gorączkowem marzeniu, pełnem widziadeł.
Jednakże dziś w nocy, znużony, twardo przespałem kilka godzin. Nad ranem zbudził mnie hałas na tratwie. Wstałem i widzę na przodzie murzyna Jynxtropa, Owena, Flajpola, Wilsona, Burkego i Sandona, zgromadzonych w zaczepnej pozycyi.
Te łotry pochwycili narzędzia ciesielskie: siekiery, dłuta i młoty, któremi zagrażają kapitanowi, bosmanowi i cieśli.
Natychmiast przyłączyłem się do Kurtisa, za moim przykładem poszedł Falsten. Mamy tylko noże, pomimo to bronić się będziemy.
Owen z całą hałastrą zbliżył się ku nam. Są pijani. W nocy dobrali się do baryłki z wódką i prawie całą jej zawartość wypili.
Ale czegóż oni chcą?