Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


okręt, mając przeciwko sobie wiatr i fale. Robert Kurtis okręcił się sznurem i rzucił na ich ratunek. Próżne wysilenie! zanim zdołał do nich dopłynąć, trzej nieszczęśliwi, których dotąd jeszcze widzę, jak bronią się przeciwko zatonięciu, znikli, wyciągając ku nam ramiona. Roberta Kurtis wyciągnięto zupełnie ogłuszonego przez uderzenie pływającego szczątka masztu. Daoulas jednak i majtkowie przy pomocy długich sztuk drzewa, któremi wiosłowali, starali się powrócić na okręt. Po cało godzinnym wysiłku, który nam się wiekiem wydawał, po godzinie, podczas której morze zaczęło zalewać platformy, tratwa oddalona zaledwie o dwa węzły, przybiła do okrętu. Daoulas rzucił linę bosmanowi i przywiązano ją do szczątków wielkiego masztu. Niema ani chwili do stracenia, albowiem gwałtowny wir formuje się nad zapadającym się okrętem i kulki powietrza coraz więcej ukazują się na morzu.
— Wsiadać, wsiadać! — zawołał Robert Kurtis.
Andrzej najprzód dopomógł pannie Herbey, potem sam dostał się szczęśliwie na pokład wraz z ojcem. Po upływie kilku chwil wszyscy wsiedli, wszyscy, oprócz kapitana Kurtisa i starego majtka O’Ready. Robert Kurtis, stojąc na bocianiem gnieździe, nie