Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXIX.

7 grudnia. Okręt ciągle się zagłębia. Morze podmywa już bocianie gniazdo. Wystawka i przód okrętu skryły się pod falami, jeszcze tylko trzy maszty sterczą nad wodą. Tratwa już jest gotową i naładowaną wszystkiem, co ocalić zdołano. Na przodzie zbudowano rusztowanie, na którem ma stanąć maszt, podtrzymywać go będą liny, przywiązane ze wszystkich stron do pokładu, żagiel małego masztu przyczepiony do rei, może nas popchnie ku lądowi. Kto wie zresztą czy to, co się nie udało »Chancellorowi«, słaba klejonka z desek może dokona. Nadzieja jest tak silnie wkorzenioną w serca ludzkie, że spodziewamy się jeszcze... Siódma rano... Mieliśmy już wsiadać, kiedy nagle okręt tak szybko zatonął, że cieśla i ludzie, zajęci na tratwie, musieli przeciąć linę, ażeby nie być pociągniętymi w otchłań.
Straszliwy niepokój ogarnął wszystkich, albowiem właśnie w chwili, kiedy okręt tonie, ostatnia deska ratunku oddala się od nas. Dwóch majtków i uczeń, straciwszy zupełnie głowę, rzucili się w morze, napróżno starając się walczyć z falami. Wkrótce ujrzeliśmy, że nie dopłyną do tratwy i nie powrócą na