Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiatr z północo-wschodniego zmienił się na południowo-zachodni i popchnie nas na pełne morze! Przeczucia nie omyliły mnie!
Wkrótce potem rozjaśniło się. Wiatr nie wykręcił się pod kątem prostym, ale, co równie jest smutne, dmie od północo-wschodu, oddalając nas tym sposobem od ziemi. Oprócz tego na pokładzie jest już pięć stóp wody i poręcze zniknęły zupełnie. Podczas nocy okręt pogrążył się tak, że wzniesienie na przodzie i wystawka są na jednym poziomie z wodą, bezustannie je zalewającą. Robert Kurtis i załoga pracują nad ukończeniem tratwy, co jednak zwolna postępuje z powodu gwałtowności fali; trzeba działać z największą ostrożnością, ażeby wiązanie nie rozpadło się, zanim je silnie spoją. Panowie Letourneur stoją obok mnie i ojciec podtrzymuje syna, chroniąc go przed silnem kołysaniem.
— Ależ i bocianie gniazdo zaraz się złamie — zawołał pan Letourneur, usłyszawszy trzeszczenie ważkiej platformy, na której stoimy. Panna Herbey podniosła się na te słowa i, wskazując panią Kear leżącą u jej nóg, zapytała:
— Cóż mamy teraz robić?
— Trzeba zostać tu, gdzie jesteśmy. Panno Herbey — dodał Andrzej Letourneur — to nasze najpewniejsze schronienie, nie lękaj się pani.