Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wschodu i popychał nas wciąż ku lądowi. Najmniejsza zmiana w kierunku byłaby dla nas szkodliwą, albowiem tratwa może płynąć tylko z wiatrem!
Robert Kurtis wszedł na platformę około ósmej. Widocznie stan nieba napełnia go niepokojem i chce odgadnąć, co będzie jutro.
Po półgodzinnej obserwacyi, zanim udał się na dół, uścisnął mi rękę w milczeniu i powrócił na wystawkę.
Daremnie starałem się usunąć na wązkiej przestrzeni, dla mnie zachowanej na platformie, złe przeczucia opanowały mną. Niepokoi mnie cisza w powietrzu, wydaje się ona podejrzaną. Niekiedy tylko powiew wiatru prześlizgnie się po linach, wydobywając z nich metaliczne dźwięki. Oprócz tego czuć coś na morzu. Silnie rozkołysanie, buja się jak gdyby pod wrażeniem odległej burzy. Około północy obłoki na chwilę rozsunęły się, przepuszczając blask księżyca i bałwany odbiły żywe jego światło, jak gdyby z otchłani rozlewające blask po falach.
Podniosłem się, rozglądając naokoło. Dziwna rzecz, na chwilę zdawało mi się, że ujrzałem ciemny punkcik, kołyszący się w oddali na wodzie. Nie może to być skała, bo widocznie poddaje się działaniu fali. Cóżby to było takiego?