Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pokład zupełnie zatopiony.
Komunikacya pomiędzy gniazdami stała się bardzo trudną. Majtkowie tylko, pnąc się po linach, mogą przechodzić z jednego na drugie. Niżej pomiędzy masztami morze szumi jak na rafie i rozrywa powoli ściany okrętu, z których deski mają służyć do budowania tratwy.
Dla podróżnych, którzy schronili się na platformy, jest to okropne widowisko; słyszeć ten ocean ryczący, widzieć go huczącym o kilka stóp pod nogami.
Zresztą lepiej nie zastanawiać się nad tem, bo otchłań tak ciągnie ku sobie, tak kusi...
Pomimo to załoga, bez chwili odpoczynku pracuje nad budową drugiej tratwy. Użyto do tego wszystkich desek, masztów górnych i pod kierunkiem Kurtisa z całą skrupulatnością prowadzi się robota.
»Chancellor« nie porusza się i jak zapewnia kapitan może przez czas dłuższy utrzymać się w zawieszeniu pomiędzy dwiema wodami. Robert Kurtis nalega zatem, aby tratwę zbudować bez pośpiechu, o ile można jak najtrwalej.
Przeprawa będzie długa, bo najbliższy brzeg, to jest Guyana, znajduje się jeszcze o paręset mil od nas. Lepiej więc przebyć jeden dzień dłużej na masztach i zbudować