Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


więc to prawdopodobieństwo powinno wystarczyć, byśmy nie zaniedbali dalszych poszukiwań.
— Nie wszyscy jednak, panie Jeorling, są tego zdania — odpowiedział bosman, kiwając głową.
— Wiem o tem, i to mię najwięcej trapi. Powiedz mi jednak, czy niezadowolenie wzrasta wśród załogi?
— Obawiam się, że tak; jakkolwiek obiecana nagroda robi też swoje i miarkuje zawsze chętnych na przyjęcie garści złota. Bo też to kąsek nielada! Przypuszczając, że aż do samego dotrzemy bieguna, nagroda pańska uczyni ogółem jakieś 14 tysięcy dolarów. A jednak przeklęty Hearn pracuje ciągle i nie nadaremno.
— Wiem, że nowozaciężni są z nim w porozumieniu, ale co się tyczy starych...
— Hm... i między starymi są tacy, którzy zaczynają się namyślać, i...
— Sądzę jednak, że kapitan i jego porucznik będą umieli nakazać im posłuszeństwo.
— Nie można naprzód niczego być pewnym, panie Jeorling. Zresztą, nawet kapitan zniechęcony wreszcie, albo powodowany odpowiedzialnością, jaka na nim ciąży, sam niedługo odwrót nakaże.
— Otóż właśnie to, czego najwięcej się obawiam — pomyślałem.
— Z całej załogi, za Endiraota i za siebie samego ręczyć panu mogę — mówił dalej Hurliguerly. — Obaj pójdziemy choćby na kraniec świata, gdyby kapitan nas tam prowadził. Tymczasem my dwaj, Dick Peters i pan, to jeszcze nie dosyć byśmy wszystkim prawa dyktowali...
— A cóż myślisz o Petersie?
— Właśnie jego to, cała załoga obwinia, że wyprawa przedłuża się dotychczas. Bo jeśli pan sobie tego życzysz, to niema co mówić, płacisz nam dobrze, podczas gdy ten idyo-