Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wiemy jednak, choćby nie więcej jak to, że wszyscy podróżnicy mogli dosięgnąć regionów antarktycznych, aż do miesiąca marca.
— Tylko że nikt nie był jeszcze tak daleko, nikt aż na tej szerokości!... Zresztą, jeżeli są wczesne lata, bywają też wczesne zimy i obawiam się, iż tegoroczna nie zechce czekać, aż my jej miejsca ustąpimy.
— Choćby też nawet była wczesną, nie trwożę się wcale by nas wyprzedziła w powrotnej naszej drodze: najdale za jakie trzy tygodnie...
— Czy tak na pewno za trzy tygodnie? A któż wie, czy nie zatrzyma nas jaka przeszkoda...
— Wymyślasz najgorsze rzeczy, bosmanie; jakaż znowu może być przeszkoda?
— Któż to odgadnie! Któż przeczuć zdoła co się tam dzieje, tam blisko osi ziemskiej. Toż dla nas ludzi świat to całkiem nieznany — rozumował stary marynarz.
— Nie przeczę, obcy nam jest zupełnie...
— Mam też wielkie wątpliwości co do ziemi, którą Peters mial niby tu widzieć, i na której mamy szukać naszych biednych rozbitków.
— Dla jakiej przyczyny wątpisz o tem, bosmanie?
— Bo Wiliam Guy rozporządzający tylko wątłą łodzią, nie mógł dopłynąć aż tak daleko...
— Zdanie moje w tym względzie nie jest tak stanowcze...
— A jednak panie Jeorling...
— Bo rozważ tylko, Hurliguerly, cóźby w tem było zadziwiającego, gdyby Wiliam Guy unoszony tym prądem, którego siłę poznaliśmy sami, dostał się wreszcie tam daleko, do jakiejś wyspy lub większego lądu, i na nim się zatrzymał. Przecież jemu na tę podróż w lekkiej, jak sam mówisz, łodzi, nie potrzeba było długich miesięcy czasu. Samo