Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tymczasem od 10-go do 12-go stycznia, termometr począł opadać i gdy ciepło powietrza wynosiło zaledwie +8, woda wykazywała nie więcej +0,56° Celsyusza. Dotychczas jednak morze było zupełnie wolne; żaden, najmniejszy nawet odłam lodu nie płynął na jego powierzchni.
Gdym 13-go stycznia przechadzał się na pokładzie, patrząc z zajęciem na liczne gromady ptaków, które szybując w powietrzu, spuszczały się nieraz aż na reje naszych żagli, gdzie się czuły zupełnie bezpieczne, (nikt bowiem nie miałby serca czynić im krzywdę w tych stronach, w których sama przyroda niszczy wszelkie życie), zbliżył się do mnie bosman i wskazując na skrzydlate rzesze, zagadnął:
— Zauważyłem rzecz ważną, panie Jeorling.
— Słucham cię bosmanie...
— Czy widzi pan te ptaki? One nie podążają już ku południowi, niektóre nawet obierają wyraźnie kierunek północny.
— Właśnie to samo zwróciło już moją uwagę.
— A mnie się jeszcze zdaje, że nawet te, które już tam poleciały, niebawem będą z powrotem...
— I jaki z tego czynisz wniosek?
— Wniosek bardzo prosty, panie Jeorling; ptactwo czuje zbliżającą się zimę.
— Co też mówisz, bosmanie! Zima już teraz, kiedy wiadomem jest, iż jeszcze całe dwa miesiące należy się nam lata.
— A jednak panie...
— To ci się tylko wydaje, Hurliguerly. Sama nawet temperatura powietrza jest jeszcze taką, iż ptaki nie potrzebują trwożyć się przedwczesną koniecznością szukania mniej trudnych warunków.
— Alboż my wiemy co właściwie dla tych stron jest przedwcześnie!