Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sów, tramwajów, a na chodnikach tłoczyli się nie tylko Amerykanie i Europejczycy, ale i Chińczycy i Japończycy i Indyanie.
Obieżyświat dziwił się wszystkiemu, co widział.
Przejeżdżał dzielnicę legendową, miasto zbójców, podpalaczy i morderców, niegdyś ogromne zbiegowisko wszystkich wykolejonych, gdzie grano i pito z rewolwerem w jednej ręce, a nożem w drugiej. Ale piękne te czasy już dawno minęły. San-Francisco przedstawiało obecnie widok miasta handlowego. Nie widać tu ani sombrero, ani koszul czerwonych, będących w modzie między spacerowiczami, ani ubranych w pióra Indyan, tylko jedwabne kapelusze i czarne tużurki, noszone przez dżentelmanów, trawionych gorączkową czynnością. Niektóre ulice, między innemi Montgommery street, równająca się Regent street w Londynie, bulwarowi włoskiemu w Paryżu i Broadway w New-Yorku, przepełnione były wspaniałymi magazynami, których efektowne wystawy jaśniały wyrobami całego świata. Obieżyświatowi zdawało się, iż nie opuścił Anglii.
Na parterze hotelu, do którego przybyli nasi podróżni, znajdował się bufet bezpłatny. Liczne mięsiwa, zupy z ostryg, biszkopty; wszystko stało na stołach na usługi konsu-