Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ulice, place i magazyny. Tak samo, jak w Hong-Kongu i Kalkucie, roiło się od różnobarwnego tłumu Amerykanów, Anglików, Chińczyków i Holandczyków, kupców gotowych do kupna i sprzedaży, między którymi nasz Francuz czuł się tak obcym, jakby się znalazł w kraju Hottentotów.
By wydobyć się z przykrej sytuacyi, trzeba mu było zwrócić się do konsula francuskiego i angielskiego, ale tak przykrem mu było opowiadanie swej historyi, ściśle z historyą jego pana związanej, iż postanowił uciec się do tego tylko w ostateczności.
Obszedłszy część europejską miasta, przeszedł do dzielnicy japońskiej, będąc zdecydowanym w razie potrzeby pójścia aż do Jeddo.
Ta część miasta zwie się Benton, od imienia bogini morza, ubóstwianej przez ludność wysp sąsiednich. Ciągnęły się tu piękne aleje jodeł i cedrów, wśród nich bramy święte dziwnej architektury; świątynie ocienione melancholijną gęstwiną cedrów stuletnich, minarety, zapełnione kapłanami, buddystami i sekciarzami religii Konfucyusza; dalej ulice bez końca, a na nich mnóstwo dzieciaków o różowych buziach, bawiących się wśród pudli o krótkich nogach, żółtych kotów bez ogonów, bardzo leniwych, lecz figlarnych.
Na ulicy panował ruch ogromny, procesye