Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przypominał sobie zajście dnia wczorajszego, zwierzenia Fixa, scenę w szynkowni i t. d.
— Oczywiście byłem mocno pijany — myślał. — Co powie na to mój pan? W każdym razie nie spóźniłem się na statek, co jest najgłówniejszem.
Pomyślawszy o agencie, rzekł do siebie:
— Spodziewam się, iż od tego jesteśmy uwolnieni; potem co mi proponował, nie ośmieliłby się pójść za nami na statek. Pan mój ma być złodziejem, podejrzanym o kradzież w Banku Angielskim? Nie, to zawiele. Pan Fogg jest tak złodziejem, jak ja mordercą. Czy miał wszystko wyznać swemu panu? Nie, lepiej poczeka i w Londynie powie mu dopiero, iż jakiś agent tropił go po całym świecie. Co to wtedy będzie śmiechu!!!
Obieżyświat zebrał siły i udał się niepewnym jeszcze krokiem, na tylną część statku.
Na pokładzie nie znalazł ani swego pana, ani pani. Pani Aouda pewnie jeszcze śpi, pomyślał. Co do pana Fogg, ten znalazł zapewne partnera do wista i swym zwyczajem...
Tak rozmyślając zszedł do salonu. Pana Fogg tam nie było. Zwrócił się więc do chłopca okrętowego z prośbą o wskazanie mu kajuty, zajętej przez pana Fogg. Chłopiec odpowiedział, iż niema żadnego pasażera tego nazwiska.