Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Fogg i jego sługę na uświęconem przez religię bramińską miejscu.
— Słyszał pan? — spytał sędzia pana Fogg.
— Tak panie — odparł pan Fogg i przyznaję się do tego.
— Aaa, przyznajesz się pan?...
— Przyznaję i czekam, by ci kapłani również zeznali, co zamierzali uczynić w świątyni Pillaji.
Kapłani, spojrzeli po sobie zdziwieni. Zdawało się, iż słów oskarżonego wcale nie rozumieją.
— Naturalnie — zawołał nagle Obieżyświat — w świątyni Pillaji, przed którą chcieli spalić swoją ofiarę.
Zdziwieni do najwyższego stopnia kapłani milczeli, a sędzia spytał zdziwiony:
— Co za ofiara? Spalić kogo? W środku Bombayu?
— W Bombayu! — zawołał Obieżyświat.
— Bezwątpienia. Nie o Pillaji tu mowa, a o świątyni Mallebar-Hill w Bombayu.
— A jako dowód tego niecnego czynu, oto obuwie bluźniercy — i pisarz sądowy położył parę bucików na swoje biurko.
— Moje kamaszki! — zawołał do najwyższego stopnia zdumiony Obieżyświat, nie mogąc się powstrzymać od mimowolnego okrzyku.
Wyobraźmy sobie zmieszanie pana i sługi.