Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


doki: góry, pokryte zielenią, pola, zasiane jęczmieniem, kukurydzą i pszenicą; stawy i błota pełne zielonych aligatorów, dostatnie wioski i gęste tajemnicze lasy.
Kilka słoni i żubrów przychodziło się kąpać, w świętej wodzie rzeki. Pomimo spóźnionej pory i zimnej już wody, całe masy Indusów płci obojga z religijnem namaszczeniem zstępowały w chłodną toń.
Wierni ci, fanatyczni czciciele religii bramińskiej, a zaklęci wrogowie Buddyzmu; mają trzy bóstwa: Wisznu, Bóg słońca, Szywa upostacia siłę przyrody i wreszcie Brahma, patron kapłanów i prawodawców. Ale jakiem okiem spoglądali Brahma, Szywa i Wisznu na zbrytanizowane Indye, gdy jakiś statek całą siłą pary mącił święte fale Gangesu, przestraszał jaskółki morskie, fruwające nad jego po wierzchnią; rozpraszał rojące się na brzegu szyldkrety i wyrywał z religijnego upojenia, leżących wzdłuż rzeki fanatyków.
Wreszcie nadeszła noc. Pośród ryku tygrysów, niedźwiedzi i wilków, uciekających przed lokomotywą, pociąg pędził z niezwykłą szybkością, niepozwalającą dojrzeć ani Bengalu, ani cudów Golkondy, ani Chandernagonu, jedynego kawałka, indyjskiej ziemi, należącej do Francuzów, na której Obieżyświat z dumą