Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Fakirzy, straż, kapłani w strachu śmiertelnym padli na ziemię, nie śmiąc podnieść oczu na ten cud.
Silne ramiona unosiły omdlałą postać młodej kobiety. Panowie Cromarty i Fogg stali jak wryci, nie wiedząc co myśleć, przewodnik spuścił głowę. Zmartwychpowstały zbliżył się tymczasem do pana Fogg i jego towarzyszy i wyszeptał: »uciekajmy«.
Był to Obieżyświat, który przez obłoki dymu, do stosu się przecisnął: on to, korzystając z panującej jeszcze ciemności, młodą kobietę śmierci wydarł, to on, z niesłychanem męstwem, wystawiając swe życie na próbę, przechodził przez sparaliżowane strachem tłumy.
W jednej chwili umieszczono się na szerokim grzbiecie słonia i poczciwe zwierzę unosiło ich w szybkim pędzie. Ale wnet krzyk, wycia i puszczone w ślad na nimi kule świadczyły, iż na podejściu się poznano. W samej rzeczy, ochłonąwszy z przerażenia, zauważyli przy świetle płonącego stosu ciało starego »rajah«. Nieobecność Aoudy kazała domyślać się porwania. Straż, puściwszy się w ślad za nimi, strzelała z karabinów, ale rabusie nasi umknęli już daleko, tak, iż ani kule, ani strzały dosięgnąć ich nie mogły.