Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żdym razie postanowił oczekiwać tej okropnej sceny.
Przewodnik zaprowadził tymczasem swych towarzyszów na przednią stronę polany, skąd, ukryci w gęstwinie drzew, mogli obserwować śpiący tłum.
Obieżyświat, umieściwszy się wysoko na gałęzi drzewa, cały zajęty był jedną myślą, która, mignąwszy mu w początku w umyśle lotem błyskawicy, zasiadła następnie mocno w głowie, nie dając mu spokoju. Z początku mówił do siebie: co za szaleństwo! lecz potem powtarzał ciągle: a dla czegożby nie? może to jedyny środek na takie bydlęta.
W takiej mniej więcej formie wyrażała się myśl jego i ciągle nią zajęty, Obieżyświat zręcznie jak małpa zsunął się na najniższą gałęź drzewa.
Godziny mijały, zaczęło dnieć. Chwila krytyczna zbliżała się. Senne, na wpół martwe tłumy, zaczęły się ożywiać. Rozległy się uderzenia bębna, krzyki i śpiewy. Wybiła godzina śmierci nieszczęsnej ofiary.
Drzwi świątyni rozwarły się i przy jaśniejszem świetle, wychodzącem z wnętrza, panowie Fogg i Cromarty wyraźnie widzieli dwóch kapłanów, wlokących biedną kobietę.
Zdawało im się nawet, iż nieszczęsna, idąc za głosem instynktu samozachowawczego, stara