Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Schroniwszy się w gęstwinie, oczekiwali, aż hałas ucichnie, by na nowo zabrać się do dzieła. Lecz, o zgrozo, po owej stronie świątyni przystawiono straż, uniemożliwiającą wszelkie zbliżenie się do niej.
Trudno sobie wyobrazić zniechęcenie naszych śmiałków wobec takiego obrotu sprawy. Jak ratować ofiarę, nie mogąc się do niej przedostać?
Pan Cromarty gryzł palce, zrozpaczonego Obieżyświata przewodnik zaledwie zdołał uspokoić, tylko pan Fogg zachował równowagę, nie zdradzając swych uczuć.
— Nie pozostaje nam nic innego, jak oddalić się? — spytał półgłosem generał.
— Poczekaj pan — odezwał się pan Fogg — wszak dopiero jutro przed dwunastą muszę stanąć w Allahabad.
— Lecz czegoż się pan spodziewasz? — odparł Franciszek Cromarty. — Za parę godzin dnieć zacznie, a wtedy...
— Szczęśliwa sposobność może się w ostatniej nadarzyć chwili.
Generał brygady chciałby w danej chwili umieć czytać w duszy pana Fogg. Na co liczył ten chłodny Anglik? Czyżby miał w ostatniej chwili rzucić się ku młodej kobiecie i wyrwać ją z rąk katów? Byłoby to szaleństwem! W ka-