Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Obieżyświat, wszedłszy do świątyni bez złej myśli, jak zwykły turysta, olśniony przepychem ornamentacyi bramińskiej, przyglądał się ciekawie, gdy silne jakieś ramię rzuciło go na świętą podłogę. Zanim się opamiętał, trzej kapłani napadli na niego, zerwali z nóg obuwie i zaczęli go okładać pięściami, wydając dzikie wrzaski. Zręczny i ruchliwy Francuz szybko się podniósł. Jednem uderzeniem pięści i kopnięciem nogi oswobodził się od napastników zaplątanych w swych długich szatach i, wydostawszy się z pagody, pędził z całej siły, pozostawiając poza sobą daleko Indusa, usiłującego go dogonić.
W pięć minut przed odejściem pociągu, Obieżyświat bez czapki, bosy, zgubiwszy w popłochu pakiet ze sprawunkami, przyleciał na dworzec kolei żelaznej.
Pan Fix był już na stacyi. Odprowadziwszy pana Fogg na kolej zrozumiał, iż tenże zamierza opuścić Bombay. Postanowił więc jechać z nim razem do Kalkuty, a choćby i dalej, gdy okaże się tego potrzeba. Obieżyświat nadbiegłszy, opowiedział panu swemu w krótkości awanturę, jaka go spotkała, a Fix, nie będąc zauważonym przez nikogo, całą historyę wysłuchał.
— Spodziewam się, iż więcej nic podobnego się nie zdarzy — rzekł spokojnie pan Fogg,