Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozmowie tej towarzyszył świst gwałtownego wiatru i szum bałwanów, wichrem na tumany wilgotne rozbijanych; prawie niepodobieństwem było słyszeć się wzajemnie. Trudno też było kierować się ku północy, bo i mgła gęsta nic widzieć nie dozwalała, i wszelkie pojmowanie położenia niemożliwe było. Ta niespodziewana burza, przypadająca właśnie w samej chwili zbliżania się do celu podróży, była jakby surową przestrogą, którą naprężone już i tak umysły wzięły za zakaz posuwania się dalej. Czyżby natura sama chciała wzbronić przystępu do bieguna? Czy do tego punktu kuli ziemskiej nie dopuszczały otaczające go zewsząd burze i huragany?
Jednakże, patrząc na pełne energii twarze tych ludzi, łatwo było odgadnąć, że nie ustąpią ani przed wichrem, ani przed falą, że dojdą aż do wytkniętego sobie celu.
Walczyli oni tak przez dzień cały, stawiając czoło niechybnej śmierci na każdym kroku; nie posuwali się ku północy, ale też i nie cofali się w innym kierunku. Przemokli od deszczu, a podskakujące w szalupie paki, tłukły im ciało. Powietrze napełniał głuchy świst wiatrów i przerażające krzyki spłoszonego ptastwa.
Około szóstej godziny wieczorem, nagle wszyst-