Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie, odrzekł doktór, po czwartem zimowisku, Mac-Clure był przymuszonym zostawić go wśród lodów.
— W podróżach morskich, odparł Altamont, okręt, a nie człowiek przechodzi. Jeśli kiedykolwiek będzie można przebyć przejście północno-zachodnie, to z pewnością na okręcie, a nie na saniach. Okręt zatem musi odbyć tę podróż, lub w braku okrętu, szalupa.
— Szalupa! wykrzyknął Hatteras, przenikając z tych słów, myśl Amerykanina.
— Panie Altamont, wtrącił pospiesznie doktór, dziecinne, błahe stawiasz wyróżnieniu, i w tym względzie wszyscy musimy ci odmówić słuszności.
— O to u was nie trudno, moi panowie, odpowiedział Amerykanin, jesteście czterej przeciw mnie jednemu. To mi jednak nie przeszkodzi zachować moje zdanie.
— Zachowaj je więc, zawołał Hatteras, i tak, aby go więcej nikt z nas nie słyszał.
— A jakież pan masz prawo, w ten sposób przemawiać do mnie? spytał Amerykanin zapalczywie.
— Mam moje prawa dowódzcy, odpowiedział Hatteras gniewnie.
— Czyż ja jestem pod twemi rozkazami? odparł Altamont.