Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zdaje mi się, rzekł Johnson, że nieprzyjaciele nasi, najwięcej już o sześć tylko stóp od nas się znajdują.
— Masz słuszność Johnsonie, powiedział Amerykanin, lecz mamy dość czasu, aby się przygotować na ich przyjęcie.
To mówiąc, Altamont wziął topór w jedną, nóż w drugą rękę, wsparł się na prawej nodze, ciało odrzucił w tył i tak czekał przygotowany do ataku: za jego przykładem poszli Bell i Hatteras. Johnson miał w pogotowiu strzelbę nabitą na wszelki przypadek.
Szmer stawał się coraz silniejszym, lód trzeszczał pod gwałtownym naciskiem pazurów.
Nareszcie już tylko cienka skorupa dzieliła napastnika od jego przeciwników; po krótkiej chwili skorupa ta pękła jak papier naciągnięty na obręcz pod naciskiem klowna, i ogromne, czarne jakieś ciało ukazało się w pokoju na pół ciemnym.
Altamont podniósł uzbrojoną rękę i gotów był uderzyć.
— Wstrzymaj się na Boga! zawołał głos dobrze znany.
— Doktór! doktór! krzyczał uradowany Johnson.