Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w dalszą trzeba iść drogę i dojść co najprędzej do okrętu.
— Tak, mówił doktór zamyślony, tak, i to dałoby się zrobić. Czemużby nie? sprobujmy.
— O czem myślisz panie Clawbonny? zapytał kapitan.
— Przyszła mi pewną myśl....
— Myśl panu przyszła doktorze? zawołał Johnson, zatem jesteśmy ocaleni!
— Pytanie tylko, czy mi się uda.
— Jaki jest twój projekt? spytał kapitan.
— Myślę że nie mamy soczewki, ale ją zrobić możemy.
— Z czego? zapytał Johnson.
— Z kawałka lodu.
— Jakto! sądzisz że?...
— Dla czegóżby nie? Chodzi o to, żeby promienie słoneczne sprowadzić do jednego ogniska, a do tego celu tak dobrze lód, jak i najlepszy kryształ posłużyć nam może.
— Czy być może? rzekł Johnson.
— Czemużby nie? tylko wolałbym mieć kawałek lodu z wody rzecznej, niż ze słonej, bo tamten jest twardszy i przezroczystszy.