Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Doktór skoczył za pagórek osłaniający Johnsona.
— I cóż? zapytał tenże.
— Czekajmy! odpowiedział doktór; kapitan poświęcił się dla ocalenia nas wszystkich.
Doktór był bardzo wzruszony, patrzał on na niedźwiedzia widocznie zaniepokojonego, jakby przeczuwał grożące mu niebezpieczeństwo.
W kwadrans potem, foka pełzała po lodzie, kryjąc się często po za wielkiemi bryłami, dla tem lepszego oszukania niedźwiedzia; kapitan znajdował się wtedy w odległości pięćdziesięciu sążni od zwierza, który skoro go spostrzegł, zaczął się kurczyć i przyczajać.
Hatteras nadzwyczaj zręcznie naśladował ruchy foki i gdyby doktór nie wiedział o podstępie, samby go był wziął za wodnoziemnego czworonoga.
— Dobrze! doskonale, ot tak! wybornie! szeptał uradowany Johnson.
Mniemana foka zachodziła pomału z boku niedźwiedzia, udając wciąż że go nie spostrzega, i szukając niby otworu na lodzie, przez który mogłaby się zanurzyć w wodę.
Niedźwiedź znowu ze swej strony skradał się do niej z największą przezornością ślepie jego pałały żądzą zdobyczy; pościł od miesiąca, lub od